msparker

Luty 26, 2006

Rzecz na Uniwersytet Jagielloński

Filed under: Rzecz w pogotowiu — msparker @ 12:00 am

                Wyjeżdżając w październiku na UJ, na studia miałam mieszane uczucia. Z jednej strony dochodziły mnie słuchy, że pedagogika na Jagiellonce jest słaba, a z drugiej – przecież to i tak nadal Uniwersytet Jagielloński. Spadkobierca najstarszej i jakże renomowanej w ówczesnych czasach Akademii Krakowskiej. A dzisiaj, przecież też zawsze wysoko w rankingach prasowych, a nawet klasyfikowany w zestawieniach międzynarodowych. Puszczając mimo uszy głosy o przeciętnym poziomie, a mając na uwadze bardziej prestiż uczelni krakowskiej wsiadłam w pociąg i pojechałam…

                Jak się później okazało, bardzo się przejechałam na Tej Renomie i Prestiżu. Uniwersytet Jagielloński zastygł bowiem w swej historii. I w całej swej dumie, upajając się swoim rodowodem tworzy skamielinę akademicką. W swej mentalności trwa ciągle w 1364 roku. Rozpiera go pycha ze swoich absolwentów, tu każdy “rodowity” student powie ci, która “mądra głowa” skończyła tą uczelnie. Są oni dumni z tego, że mogą chodzić po tych samych kamieniach co Mikołaj Rej, Jan Kochanowski, czy Mikołaj Kopernik. Rozmawiałam o tym z wieloma “nowymi” i wszyscy zgodnie potwierdzają tezę, że: Uniwersytet Jagielloński zatrzymał się na czasach Akademii Krakowskiej. Co to oznacza w praktyce???  

                Na początek, w drodze wyjaśnienia, nie można tej tezy tłumaczyć sobie w dosłowny sposób, chodzi tu bardziej o jakiś stereotypowy obraz średniowiecza. Jako czasów ciemnych i nieprzyjaznych dla ludzi z niższych stanów. Lennikiem jest tu student, a wasalem – pani w sekretariacie, która broń Panie Boże nie jest tu przecież dla studentów, tylko po to by miło, niepokojona przez nikogo, mogła sobie spędzić czas. (Bo tu nie chodzi się do dziekanatu, a do sekretariatu właśnie.) Do 11 godziny siedzi sobie zamknięta w gabinecie i tylko wychodzi “powozić się” po korytarzu, a to siusiu, a to po bułeczkę, po dżemik, po coś jeszcze i tylko boczek odkłada się jej na bioderkach. Gdy już wybije 11 to z sercem na dłoni podchodzi do każdego studenta, yyy przepraszam z sercem na dłoni odchodzi od każdego studenta, bowiem z ogromną życzliwością i uśmiechem na twarzy właśnie mu je wyrwała, bo jak on śmiał cos od niej chcieć.  Tak więc studenci do połowy listopada chodzą bez ważnej legitymacji, bez indeksu, a póki go nie mają to nie dostaną karty w bibliotece i nie przygotują się na zajęcia i nikogo to nie obchodzi. A pani sekretarka nie psuje sobie humoru pracą, dobre samopoczucie jest najważniejsze. Gratulacje dla Niej. 

                Zdobywamy na UG dziwne doświadczenia, studiując z dzieciakami z podstawówki u boku i niejednokrotnie całując klamkę z powodu odwołanych nagle zajęć. Wydaję się nam, w większości, że gorzej być nie może, że organizacja jest fatalna, że to nie przystoi na uniwersytecie. Tymczasem “cudze chwalicie swego nie znacie”. Tak Moi Drodzy powinniśmy codziennie chodzić z podziękowaniami do pań z toku studiów i do pani Beatki z dziekanatu, za to, że tak dzielnie się nami opiekują. Bo to co się dzieje na UJ to przechodzi ludzkie pojęcie. Tu organizacji wcale nie ma, nie to, że jest do bani, ona poprostu tu nie istnieje. A do tego niczego, nigdzie się nie dowiesz, jakby nagle wszystkich odpowiedzialnych za sprawy Instytutu i jego studentów ogarnęła amnezja. Jak się okazuje najbardziej kompetentną osobą w tym miejscu jest pan portier, który zna odpowiedzi na większość pytań – chylę czoła. 

                Aaaa na koniec jeszcze zagadka: kto ostatni dowiaduje się o terminie obrony pracy magisterskiej?? Tu – student – nie inaczej. Powiadamiają go koledzy z roku, którzy się dziwią, że jeszcze go nie ma, a za chwilę ma się broni. I taki, trafiony dobrą nowiną żak, leci przez miasto, tak jak stał w dżinsach w podkoszulku, wyrwany z kontekstu, na własną obronę. Zdarzenie to jest odzwierciedleniem całej niezwykłości – czytaj, absurdalności z jaką codziennie na pedagogice spotykają się studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego.  z utęsknieniem czekając powrotu :P                             

                                                                                                                       msparker     

Maj 26, 2005

Paryż bez tajemnic, czyli spotkanie z rzeczywistością

Filed under: Rzecz w pogotowiu — msparker @ 12:00 am

                Za sprawą naszej Alma Mater miałam okazję po raz drugi odwiedzić Paryż. Kiedy ja fantastycznie się bawiłam, wy musieliście siedzieć na zajęciach i robić dla mnie notatki <hihihi> dlatego teraz czuję się w obowiązku powiedzieć wam coś o tym mieście. Niestety nie mogę na łamach tak poczytnej gazety opisać co się tam działo, bo raz primo – współpodróżnicy by mnie zlinczowali, dwa primo – cenzura by tego nie przełknęła. Napisze więc o paryskich paradoksach i paryskim minimum.


                 Słowem wstępu. Paryż nie jest trudnym miastem do zwiedzania – jeżeli tylko umiecie korzystać z mapy- bo zarówno ulice jak i metro są starannie oznakowane. Dlatego zwiedzając z głową nie ma szans się zgubić. A jeśli już komuś się to przytrafi to nie ma co liczyć na swoje zdolności językowe. No chyba, że zna francuski bo w tym kraju angielski traci swoją uniwersalność. Gdyż Francuzi bardzo niechętnie mówią w obcych językach a w angielskim szczególnie, nawet jeśli go znają.
„Najlepsze kasztany są na Placu Pigalle” to zdanie wryło się w naszą świadomość tak bardzo, że każdy Polak, przy okazji wizyty w Paryżu, chce być na tymże placu. Żeby później nie usłyszeć „A na Placu Pigalle byłeś?? Nie!! No jak można nie być na Placu Pigalle??” A no i nie można tam nie być. Hans tak bardzo okaleczył nasze myślenie o Paryżu i sprowadził go do wyżej wymienionego miejsca, że po prostu tam nie być to jak nie znać barw flagi narodowej. Więc i mnie też nie mogło tam zabraknąć. Musiałam tam być po raz kolejny, inaczej nie mogłabym spojrzeć sobie w lustro. Jest to miejsce pełne uroku, finezji i wyszukanego stylu, w którym czuć delikatną nutkę dekadencji. <hehehe> A czy czuć w tych ostatnich zdaniach delikatną nutkę ironii i potworny sarkazm???

                Otóż, dla nie wtajemniczonych – w Paryżu nie ma nic bardziej oszukanego jak Plac Pigalle. Kto był i widział ten wie, o czym mówię. A kto nie wie temu już tłumaczę. „Place Pigalle” jest zwykłym rondem, w odległej od centrum osiemnastej dzielnicy. Nawet trudno znaleźć go na mapie i gdyby nie fakt, że jest tam stacja metra byłby kompletnie niezauważalny. Idąc ulicą na której jest ów Plac trzeba się bardzo natrudzić by go nie przegapić. A kasztany?? Tak, są wzdłuż drzewa kasztanowe, ale to te niejadalne. A prawda o tym sławetnym zdaniu jest taka, że wcale nie chodzi w nim o wyżej wymieniony plac. Jest to tylko aluzja do miejsca będącego w pobliżu. Otóż, od Placu Pigalle rozpoczyna się tak zwana „czerwona ulica” na której są sex-shopy i temu podobne rozrywki. Plac wykorzystano by zakamuflować „niejednoznaczność” i „nieprzyzwoitość” miejsca docelowego. Posłużył on jedynie jako przynęta, a Polacy niezwykle dosłownie łyknęli ten haczyk.

                Kolejnym miejscem z historią jest Wieża Eiffl’a. A najciekawsze w niej jest to, że Paryżanie na początku tak bardzo nie lubili tej budowli, że za wszelką cenę chcieli ją usunąć. Na szczęście, teraz, ku radości samych tubylców, wieża się ostała i przynosi krociowe zyski. Nie tylko z opłat za wejście na szczyt ale również ze sprzedaży gadżetów z nią związanych. I tak Paryżanie zarabiają na czymś co kiedyś w ich mniemaniu szpeciło im miasto. A na dodatek teraz żaden turysta nie wyobraża sobie francuskiej stolicy bez Wieży Eiffl’a. Ja też nie wyobrażam sobie Paryża bez tego stalowego monstrum. I jak Plac Pigalle można sobie bez wyrzutów sumienia podarować tak wina na Polach Marsowych pod wieżą NIE. I to mówię z pełną świadomością, kto nie zaznał rozkoszy francuskiego wina i francuskiej bagietki pod Wieżą Eiffl’a ten naprawdę nigdy nie był w Paryżu. Nie chodzi tu nawet o „wdrapywanie” się na wieżę, ale właśnie o to by poczuć ten niezwykły, magiczny wręcz klimat jaki tam panuje. Być w Paryżu to nie znaczy oblecieć całe miasto i zobaczyć wszystkie zabytki, to znaczy właśnie leżeć na Polach Marsowych i delektować się … widokiem wieży oczywiście ;P

                Do paryskiego minimum należy zaliczyć też Katedrę Notre-Dame. Ale tylko w sezonie bo poza nim Dzwonnik jest na urlopie wypoczynko-rehabilitacyjnym , w kwietniu/jesienią bankowo go nie ma, a w takim wypadku to już wasz wybór.
Jeśli kupować pamiątki to tylko w okolicy Katedry, nigdy zaś w pobliżu Sacre Coeur, gdzie jednak bez mrugnięcia okiem musicie być. Dodatkowo tam w dzielnicy artystów Montmartre musicie szczególnie uważać na swoje portfele i inne cenne rzeczy. Zresztą w całym Paryżu opłaci się wam być ostrożnym.

                Doskonałe miejsce na odpoczynek – poza wspomnianymi już Polami Marsowymi – to Ogrody Luksemburskie. Wprost bajeczne, wielobarwne, pachnące kwiatami, błyszczące odbitym w wodzie światłem. (Tu już bez puszczania oczka.)
Z miejsc obowiązkowych został nam jeszcze Louvre i Pola Elizejskie. Jeżeli ktoś ma ochotę na zwiedzanie muzeum, ale tak od serca, to musiałby przeznaczyć na to z tydzień. A jeśli liczy się tylko stopa w Louvre to i dwie godziny wystarczą. Pola Elizejskie, no niewątpliwie też mają coś w sobie, zreszta jak każda zieleń w Paryżu. Tam wszystko jest wystrzyżone od linijki, z pomysłem, nie ma samowolki, nic nie rośnie jak chce, ale tak jak mu każą. Nawet gdy nam się wydaje, że jest inaczej to, to tylkonam się wydaje.

                Na końcu Avenue des Champs Elysees jest Łuk Triumfalny, przy którym kończymy naszą wędrówkę po paryskich kanonach. Gdy stoisz przed, obok, pod łukiem masz w nosie tego całego Napoleona, bo wiesz, że to Łuk Twojego Triumfu. Triumfu dlatego, że jesteś w Paryżu, że widziałeś to wszystko i wiele więcej. Że poczułeś się niezwykle, magicznie, jak w zaczarowanym lesie, jak bohater taniego romansu. Triumfu dlatego, że to nie wyobraźnia, nie marzenie, ale rzeczywistość. Że jesteś tu i teraz a nie w fotelu przed telewizorem z postanowieniem – kiedyś tam będę – tylko z doświadczeniem, że TU JESTEM.

                                                                                                                     msparker

Theme: Rubric. Blog na WordPress.com.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.