Wyjeżdżając w październiku na UJ, na studia miałam mieszane uczucia. Z jednej strony dochodziły mnie słuchy, że pedagogika na Jagiellonce jest słaba, a z drugiej – przecież to i tak nadal Uniwersytet Jagielloński. Spadkobierca najstarszej i jakże renomowanej w ówczesnych czasach Akademii Krakowskiej. A dzisiaj, przecież też zawsze wysoko w rankingach prasowych, a nawet klasyfikowany w zestawieniach międzynarodowych. Puszczając mimo uszy głosy o przeciętnym poziomie, a mając na uwadze bardziej prestiż uczelni krakowskiej wsiadłam w pociąg i pojechałam…
Jak się później okazało, bardzo się przejechałam na Tej Renomie i Prestiżu. Uniwersytet Jagielloński zastygł bowiem w swej historii. I w całej swej dumie, upajając się swoim rodowodem tworzy skamielinę akademicką. W swej mentalności trwa ciągle w 1364 roku. Rozpiera go pycha ze swoich absolwentów, tu każdy “rodowity” student powie ci, która “mądra głowa” skończyła tą uczelnie. Są oni dumni z tego, że mogą chodzić po tych samych kamieniach co Mikołaj Rej, Jan Kochanowski, czy Mikołaj Kopernik. Rozmawiałam o tym z wieloma “nowymi” i wszyscy zgodnie potwierdzają tezę, że: Uniwersytet Jagielloński zatrzymał się na czasach Akademii Krakowskiej. Co to oznacza w praktyce???
Na początek, w drodze wyjaśnienia, nie można tej tezy tłumaczyć sobie w dosłowny sposób, chodzi tu bardziej o jakiś stereotypowy obraz średniowiecza. Jako czasów ciemnych i nieprzyjaznych dla ludzi z niższych stanów. Lennikiem jest tu student, a wasalem – pani w sekretariacie, która broń Panie Boże nie jest tu przecież dla studentów, tylko po to by miło, niepokojona przez nikogo, mogła sobie spędzić czas. (Bo tu nie chodzi się do dziekanatu, a do sekretariatu właśnie.) Do 11 godziny siedzi sobie zamknięta w gabinecie i tylko wychodzi “powozić się” po korytarzu, a to siusiu, a to po bułeczkę, po dżemik, po coś jeszcze i tylko boczek odkłada się jej na bioderkach. Gdy już wybije 11 to z sercem na dłoni podchodzi do każdego studenta, yyy przepraszam z sercem na dłoni odchodzi od każdego studenta, bowiem z ogromną życzliwością i uśmiechem na twarzy właśnie mu je wyrwała, bo jak on śmiał cos od niej chcieć. Tak więc studenci do połowy listopada chodzą bez ważnej legitymacji, bez indeksu, a póki go nie mają to nie dostaną karty w bibliotece i nie przygotują się na zajęcia i nikogo to nie obchodzi. A pani sekretarka nie psuje sobie humoru pracą, dobre samopoczucie jest najważniejsze. Gratulacje dla Niej.
Zdobywamy na UG dziwne doświadczenia, studiując z dzieciakami z podstawówki u boku i niejednokrotnie całując klamkę z powodu odwołanych nagle zajęć. Wydaję się nam, w większości, że gorzej być nie może, że organizacja jest fatalna, że to nie przystoi na uniwersytecie. Tymczasem “cudze chwalicie swego nie znacie”. Tak Moi Drodzy powinniśmy codziennie chodzić z podziękowaniami do pań z toku studiów i do pani Beatki z dziekanatu, za to, że tak dzielnie się nami opiekują. Bo to co się dzieje na UJ to przechodzi ludzkie pojęcie. Tu organizacji wcale nie ma, nie to, że jest do bani, ona poprostu tu nie istnieje. A do tego niczego, nigdzie się nie dowiesz, jakby nagle wszystkich odpowiedzialnych za sprawy Instytutu i jego studentów ogarnęła amnezja. Jak się okazuje najbardziej kompetentną osobą w tym miejscu jest pan portier, który zna odpowiedzi na większość pytań – chylę czoła.
Aaaa na koniec jeszcze zagadka: kto ostatni dowiaduje się o terminie obrony pracy magisterskiej?? Tu – student – nie inaczej. Powiadamiają go koledzy z roku, którzy się dziwią, że jeszcze go nie ma, a za chwilę ma się broni. I taki, trafiony dobrą nowiną żak, leci przez miasto, tak jak stał w dżinsach w podkoszulku, wyrwany z kontekstu, na własną obronę. Zdarzenie to jest odzwierciedleniem całej niezwykłości – czytaj, absurdalności z jaką codziennie na pedagogice spotykają się studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego. z utęsknieniem czekając powrotu
msparker
Za sprawą naszej Alma Mater miałam okazję po raz drugi odwiedzić Paryż. Kiedy ja fantastycznie się bawiłam, wy musieliście siedzieć na zajęciach i robić dla mnie notatki <hihihi> dlatego teraz czuję się w obowiązku powiedzieć wam coś o tym mieście. Niestety nie mogę na łamach tak poczytnej gazety opisać co się tam działo, bo raz primo – współpodróżnicy by mnie zlinczowali, dwa primo – cenzura by tego nie przełknęła. Napisze więc o paryskich paradoksach i paryskim minimum.