msparker

maj 2, 2007

Cała na przód

Kategoria wpisu: Na co dzień — msparker @ 6:43 przed południem

                Wydaje się, że słowa piosenki z Akademii Pana Kleksa, „Cała na przód ku nowej przygodzie, taka gratka nie zdarza się co dzień”. Stały się motywem przewodnim długiego majowego weekendu 2007. 

                 Świadomie, choć raczej nie koniecznie gro rodaków wzięło sobie do serca te kilka słów i czym prędzej pomknęli naprzeciw przygodzie. A i owszem taka gratka nie zdarza się co dzień, bo kiedy znów trzy będzie równało się dziewięć. Kto inny jak nie my, Polacy, ma wiedzieć jak to uczynić prawdą i jak to wykorzystać? Tylko my, Polacy, wiemy jak zorganizować sobie dziewięć dni wolnych od harówy w fabryce, kosztem jedynie trzech dni urlopu. „Organizowanie” jest nasza narodową cechą, więc i czemu nie mamy skorzystać z okazji jaką dał nam los. Pomijając sprzyjające okoliczności przyrody, zbiegu godzin i lat, mamy również fantastyczne prognozy pogody zachęcające do organizowania. Dlatego nie oglądając się na nikogo, załatwiamy sobie urlop, bo musimy mieć te dni wolne. Szkoda tylko, że równocześnie wszyscy chcą gdzieś wyjechać. Przezorni załatwili sobie już wcześniej miejsca w pensjonatach i na kwaterach planując zawczasu cały tydzień. A gapowicze mogą jedynie ściskać w ręku kamyk zielony i liczyć na łud szczęścia. Ostatecznie jednak i przezorni i gapowicze znajdą się w tym samym miejscu, powodując korki na drogach, tłumy na deptakach, czyli to wszystko od czego mieli zamiar uciec.  

                 A w miastach pozostali ci, którzy wola mówić, że to ich własny wybór, a nie, że zostali do tego zmuszeni wyjazdami innych — bo ktoś w tej firmie musi chociażby czuwać.     

luty 26, 2006

Rzecz na Uniwersytet Jagielloński

Kategoria wpisu: Rzecz w pogotowiu — msparker @ 12:00 przed południem

                Wyjeżdżając w październiku na UJ, na studia miałam mieszane uczucia. Z jednej strony dochodziły mnie słuchy, że pedagogika na Jagiellonce jest słaba, a z drugiej - przecież to i tak nadal Uniwersytet Jagielloński. Spadkobierca najstarszej i jakże renomowanej w ówczesnych czasach Akademii Krakowskiej. A dzisiaj, przecież też zawsze wysoko w rankingach prasowych, a nawet klasyfikowany w zestawieniach międzynarodowych. Puszczając mimo uszy głosy o przeciętnym poziomie, a mając na uwadze bardziej prestiż uczelni krakowskiej wsiadłam w pociąg i pojechałam…

                Jak się później okazało, bardzo się przejechałam na Tej Renomie i Prestiżu. Uniwersytet Jagielloński zastygł bowiem w swej historii. I w całej swej dumie, upajając się swoim rodowodem tworzy skamielinę akademicką. W swej mentalności trwa ciągle w 1364 roku. Rozpiera go pycha ze swoich absolwentów, tu każdy “rodowity” student powie ci, która “mądra głowa” skończyła tą uczelnie. Są oni dumni z tego, że mogą chodzić po tych samych kamieniach co Mikołaj Rej, Jan Kochanowski, czy Mikołaj Kopernik. Rozmawiałam o tym z wieloma “nowymi” i wszyscy zgodnie potwierdzają tezę, że: Uniwersytet Jagielloński zatrzymał się na czasach Akademii Krakowskiej. Co to oznacza w praktyce???  

                Na początek, w drodze wyjaśnienia, nie można tej tezy tłumaczyć sobie w dosłowny sposób, chodzi tu bardziej o jakiś stereotypowy obraz średniowiecza. Jako czasów ciemnych i nieprzyjaznych dla ludzi z niższych stanów. Lennikiem jest tu student, a wasalem - pani w sekretariacie, która broń Panie Boże nie jest tu przecież dla studentów, tylko po to by miło, niepokojona przez nikogo, mogła sobie spędzić czas. (Bo tu nie chodzi się do dziekanatu, a do sekretariatu właśnie.) Do 11 godziny siedzi sobie zamknięta w gabinecie i tylko wychodzi “powozić się” po korytarzu, a to siusiu, a to po bułeczkę, po dżemik, po coś jeszcze i tylko boczek odkłada się jej na bioderkach. Gdy już wybije 11 to z sercem na dłoni podchodzi do każdego studenta, yyy przepraszam z sercem na dłoni odchodzi od każdego studenta, bowiem z ogromną życzliwością i uśmiechem na twarzy właśnie mu je wyrwała, bo jak on śmiał cos od niej chcieć.  Tak więc studenci do połowy listopada chodzą bez ważnej legitymacji, bez indeksu, a póki go nie mają to nie dostaną karty w bibliotece i nie przygotują się na zajęcia i nikogo to nie obchodzi. A pani sekretarka nie psuje sobie humoru pracą, dobre samopoczucie jest najważniejsze. Gratulacje dla Niej. 

                Zdobywamy na UG dziwne doświadczenia, studiując z dzieciakami z podstawówki u boku i niejednokrotnie całując klamkę z powodu odwołanych nagle zajęć. Wydaję się nam, w większości, że gorzej być nie może, że organizacja jest fatalna, że to nie przystoi na uniwersytecie. Tymczasem “cudze chwalicie swego nie znacie”. Tak Moi Drodzy powinniśmy codziennie chodzić z podziękowaniami do pań z toku studiów i do pani Beatki z dziekanatu, za to, że tak dzielnie się nami opiekują. Bo to co się dzieje na UJ to przechodzi ludzkie pojęcie. Tu organizacji wcale nie ma, nie to, że jest do bani, ona poprostu tu nie istnieje. A do tego niczego, nigdzie się nie dowiesz, jakby nagle wszystkich odpowiedzialnych za sprawy Instytutu i jego studentów ogarnęła amnezja. Jak się okazuje najbardziej kompetentną osobą w tym miejscu jest pan portier, który zna odpowiedzi na większość pytań - chylę czoła. 

                Aaaa na koniec jeszcze zagadka: kto ostatni dowiaduje się o terminie obrony pracy magisterskiej?? Tu - student - nie inaczej. Powiadamiają go koledzy z roku, którzy się dziwią, że jeszcze go nie ma, a za chwilę ma się broni. I taki, trafiony dobrą nowiną żak, leci przez miasto, tak jak stał w dżinsach w podkoszulku, wyrwany z kontekstu, na własną obronę. Zdarzenie to jest odzwierciedleniem całej niezwykłości - czytaj, absurdalności z jaką codziennie na pedagogice spotykają się studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego.  z utęsknieniem czekając powrotu :P                             

                                                                                                                       msparker     

październik 30, 2005

SPOTKANIA NA MOŚCIE — Bilet na Most – nie łam się przełam się

Kategoria wpisu: MOST — msparker @ 12:00 przed południem

 

Każdy z nas ma czasem ochotę zmienić coś w swoim życiu, tak by móc poczuć, że zależy ono właśnie od niego, że sam pisze jego scenariusz. Czasem narzekamy na to co dzieje się wokół nas. Świat społeczny, polityczny, uczelnia nie zawsze spełniają nasze oczekiwania. Możemy próbować zmienić środowisko w dwojaki sposób. Albo zmieniając dotychczasowe, albo samemu przenieść się do zupełnie nowego. Choć przez wielu to drugie rozwiązanie będzie postrzegane jako ucieczka i tchórzostwo, to ja jednak je zaproponuje ale w nieco zmodyfikowanej formie. Co prawda dalej to może być ucieczka ale już nie będzie tchórzostwem a jak się okazuje wręcz przeciwnie. Już wszystko wyjaśniam.

Proponuję Wam Droga Braci Studencka pewien ciekawy pomysł na zmianę „klimatu”. Mianowicie idzie mi o program Most w ramach, którego możecie pojeździć sobie po Polsce i co semestr studiować na innym Uniwersytecie. Cała procedura programu jest niezwykle prosta, rzec by można nawet, że prosta jak drut. Wybierasz sobie jaki chcesz Uniwerek i kierunek studiów. Ściągasz podanie ze strony internetowej, wszystkie linki znajdziesz na www.univ.gda.pl, wymiana studentów i prosto na Most. Drukujesz wniosek, wypełniasz go, dziekan podpisuje opinie, pieczątkę i odnosisz podanie do rektoratu a potem to już tylko czekasz na pozytywną odpowiedź.

Ale żeby tak było… to by było zbyt piękne. Z założenia wygląda doskonale, aczkolwiek bez problemów się nie obejdzie. I zgadnijcie gdzie one się zaczynają? Pewnie Was nie zaskoczę mówiąc, że już na samym początku.

Otóż, internet sprawny, wszystkie strony działają, zgrabnie przeskakują kolejne okienka, nawet jest tusz w drukarce, więc drukujemy sobie wniosek. Idziemy z wypełnionym druczkiem do dziekanatu, wpadamy do Pani Dziekan by mechanicznie wpisała regułkę: „Średnia za semestr … wynosi…”. Teraz czym prędzej biegniemy do rektoratu oddać papierek i już tylko zaciskamy kciuki by się udało. No i … się nie udało. Bo właśnie wczoraj zmieniono wzór podania a ty masz jeszcze ten stary no bo skąd wiedzieć.

            Podejście I – nie zaliczone. Rada: nawet jak ci bardzo zależy nie śpiesz się, poczekaj rozsądnie, pod koniec terminu tez zdążysz.

Tym razem drukujemy już aktualny wzór. Rada: co najmniej w kilku egzemplarzach, bo Dziekani to też ludzie i mają prawo się pomylić,  w końcu są tam aż trzy linijki i ciężko się zdecydować, w której zacząć pisać. Kolejny raz zwalniamy się z zajęć by być w wyznaczonych godzinach u bram władzy. Drogi petencie uzbrój się w cierpliwość, co prawda czasy kartek się skończyły ale kolejek niekoniecznie. Wreszcie my wchodzimy, z pełną teczką świeżych podań, a nóż się coś wydarzy, kawa może się rozlać na przykład, różnie to bywa. Niczym na przesłuchaniu w tajny służbach jesteśmy podawani inwigilizacji, kto jesteśmy, skąd, po co. Jeszcze tylko telefon do pani opiekunki kierunku niech sprawdzi nasze akta – wyniki w nauce i można postawić pieczątkę od spraw dydaktycznych. Dobrze by było jeszcze wpisać coś od spraw studenckich ale tu musielibyśmy się wcześniej wykazać jakąś aktywnością (koło naukowe, samorząd, AZS, Popis – ukłony dla naczelnych) itp. Jeśli jednak nie mamy do zaoferowania nic poza średnią to można by ominąć ten cały segment z Dziekanami. Zwyczajnie zostawić podanie u pani „w okienku”, tej której podlegamy w dziekanacie i ona załatwi już nam regułkę. Za jakiś czas można odebrać świstek i znów ruszać na rektorat, pokój 306.

                 Stojąc przed drzwiami myślimy sobie - wreszcie sukces. Podejście II – zaliczone. Jednak nic bardziej mylnego – podejście drugie, druga klapa. Rada: pamiętaj wniosek ma być na jednej kartce, dwustronnie, oszczędzaj drzewa nie drukuj dwóch kartek.

            Koszmarne myśli, znowu drukowanie, znowu dziekani o o o kur…, przecież nie ma już czasu. Szybki ruch głową – dosłownie – po lewej stoi ksero, więc może by się jakoś udało. Drugi ruch głową – myślenie- jak dopasować kartki tak, żeby się zgadzało.  Żeby weszła tu wyszła tam i była równo pomazana. Trzy blondynki siadły przed maszyna, pół ryzy papieru zużyły – na próbę rzecz jasna. Gdy miały już pewność, wargi zacisnęły, oczy zamknęły i puściły ksero w ruch. Tak na marginesie to było najdłuższe kserowanie jednej strony w moim życiu. Udało się – super – lecę – pokój 306 – pani Gosia – wniosek – do widzenia – uff – z głowy – czekam…

c.d.n

msparker

     

maj 26, 2005

Paryż bez tajemnic, czyli spotkanie z rzeczywistością

Kategoria wpisu: Rzecz w pogotowiu — msparker @ 12:00 przed południem

                Za sprawą naszej Alma Mater miałam okazję po raz drugi odwiedzić Paryż. Kiedy ja fantastycznie się bawiłam, wy musieliście siedzieć na zajęciach i robić dla mnie notatki <hihihi> dlatego teraz czuję się w obowiązku powiedzieć wam coś o tym mieście. Niestety nie mogę na łamach tak poczytnej gazety opisać co się tam działo, bo raz primo - współpodróżnicy by mnie zlinczowali, dwa primo - cenzura by tego nie przełknęła. Napisze więc o paryskich paradoksach i paryskim minimum.


                 Słowem wstępu. Paryż nie jest trudnym miastem do zwiedzania - jeżeli tylko umiecie korzystać z mapy- bo zarówno ulice jak i metro są starannie oznakowane. Dlatego zwiedzając z głową nie ma szans się zgubić. A jeśli już komuś się to przytrafi to nie ma co liczyć na swoje zdolności językowe. No chyba, że zna francuski bo w tym kraju angielski traci swoją uniwersalność. Gdyż Francuzi bardzo niechętnie mówią w obcych językach a w angielskim szczególnie, nawet jeśli go znają.
„Najlepsze kasztany są na Placu Pigalle” to zdanie wryło się w naszą świadomość tak bardzo, że każdy Polak, przy okazji wizyty w Paryżu, chce być na tymże placu. Żeby później nie usłyszeć „A na Placu Pigalle byłeś?? Nie!! No jak można nie być na Placu Pigalle??” A no i nie można tam nie być. Hans tak bardzo okaleczył nasze myślenie o Paryżu i sprowadził go do wyżej wymienionego miejsca, że po prostu tam nie być to jak nie znać barw flagi narodowej. Więc i mnie też nie mogło tam zabraknąć. Musiałam tam być po raz kolejny, inaczej nie mogłabym spojrzeć sobie w lustro. Jest to miejsce pełne uroku, finezji i wyszukanego stylu, w którym czuć delikatną nutkę dekadencji. <hehehe> A czy czuć w tych ostatnich zdaniach delikatną nutkę ironii i potworny sarkazm???

                Otóż, dla nie wtajemniczonych - w Paryżu nie ma nic bardziej oszukanego jak Plac Pigalle. Kto był i widział ten wie, o czym mówię. A kto nie wie temu już tłumaczę. „Place Pigalle” jest zwykłym rondem, w odległej od centrum osiemnastej dzielnicy. Nawet trudno znaleźć go na mapie i gdyby nie fakt, że jest tam stacja metra byłby kompletnie niezauważalny. Idąc ulicą na której jest ów Plac trzeba się bardzo natrudzić by go nie przegapić. A kasztany?? Tak, są wzdłuż drzewa kasztanowe, ale to te niejadalne. A prawda o tym sławetnym zdaniu jest taka, że wcale nie chodzi w nim o wyżej wymieniony plac. Jest to tylko aluzja do miejsca będącego w pobliżu. Otóż, od Placu Pigalle rozpoczyna się tak zwana „czerwona ulica” na której są sex-shopy i temu podobne rozrywki. Plac wykorzystano by zakamuflować „niejednoznaczność” i „nieprzyzwoitość” miejsca docelowego. Posłużył on jedynie jako przynęta, a Polacy niezwykle dosłownie łyknęli ten haczyk.

                Kolejnym miejscem z historią jest Wieża Eiffl’a. A najciekawsze w niej jest to, że Paryżanie na początku tak bardzo nie lubili tej budowli, że za wszelką cenę chcieli ją usunąć. Na szczęście, teraz, ku radości samych tubylców, wieża się ostała i przynosi krociowe zyski. Nie tylko z opłat za wejście na szczyt ale również ze sprzedaży gadżetów z nią związanych. I tak Paryżanie zarabiają na czymś co kiedyś w ich mniemaniu szpeciło im miasto. A na dodatek teraz żaden turysta nie wyobraża sobie francuskiej stolicy bez Wieży Eiffl’a. Ja też nie wyobrażam sobie Paryża bez tego stalowego monstrum. I jak Plac Pigalle można sobie bez wyrzutów sumienia podarować tak wina na Polach Marsowych pod wieżą NIE. I to mówię z pełną świadomością, kto nie zaznał rozkoszy francuskiego wina i francuskiej bagietki pod Wieżą Eiffl’a ten naprawdę nigdy nie był w Paryżu. Nie chodzi tu nawet o „wdrapywanie” się na wieżę, ale właśnie o to by poczuć ten niezwykły, magiczny wręcz klimat jaki tam panuje. Być w Paryżu to nie znaczy oblecieć całe miasto i zobaczyć wszystkie zabytki, to znaczy właśnie leżeć na Polach Marsowych i delektować się … widokiem wieży oczywiście ;P

                Do paryskiego minimum należy zaliczyć też Katedrę Notre-Dame. Ale tylko w sezonie bo poza nim Dzwonnik jest na urlopie wypoczynko-rehabilitacyjnym , w kwietniu/jesienią bankowo go nie ma, a w takim wypadku to już wasz wybór.
Jeśli kupować pamiątki to tylko w okolicy Katedry, nigdy zaś w pobliżu Sacre Coeur, gdzie jednak bez mrugnięcia okiem musicie być. Dodatkowo tam w dzielnicy artystów Montmartre musicie szczególnie uważać na swoje portfele i inne cenne rzeczy. Zresztą w całym Paryżu opłaci się wam być ostrożnym.

                Doskonałe miejsce na odpoczynek - poza wspomnianymi już Polami Marsowymi - to Ogrody Luksemburskie. Wprost bajeczne, wielobarwne, pachnące kwiatami, błyszczące odbitym w wodzie światłem. (Tu już bez puszczania oczka.)
Z miejsc obowiązkowych został nam jeszcze Louvre i Pola Elizejskie. Jeżeli ktoś ma ochotę na zwiedzanie muzeum, ale tak od serca, to musiałby przeznaczyć na to z tydzień. A jeśli liczy się tylko stopa w Louvre to i dwie godziny wystarczą. Pola Elizejskie, no niewątpliwie też mają coś w sobie, zreszta jak każda zieleń w Paryżu. Tam wszystko jest wystrzyżone od linijki, z pomysłem, nie ma samowolki, nic nie rośnie jak chce, ale tak jak mu każą. Nawet gdy nam się wydaje, że jest inaczej to, to tylkonam się wydaje.

                Na końcu Avenue des Champs Elysees jest Łuk Triumfalny, przy którym kończymy naszą wędrówkę po paryskich kanonach. Gdy stoisz przed, obok, pod łukiem masz w nosie tego całego Napoleona, bo wiesz, że to Łuk Twojego Triumfu. Triumfu dlatego, że jesteś w Paryżu, że widziałeś to wszystko i wiele więcej. Że poczułeś się niezwykle, magicznie, jak w zaczarowanym lesie, jak bohater taniego romansu. Triumfu dlatego, że to nie wyobraźnia, nie marzenie, ale rzeczywistość. Że jesteś tu i teraz a nie w fotelu przed telewizorem z postanowieniem - kiedyś tam będę - tylko z doświadczeniem, że TU JESTEM.

                                                                                                                     msparker

kwiecień 26, 2005

Pokolenie … Nas nauczono…

Kategoria wpisu: POPIS — msparker @ 12:00 przed południem

          

           „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”, patrząc z perspektywy tych słów Wisławy Szymborskiej, ileż to dowiedzieliśmy się o sobie od początku kwietnia. Raptem, w ciągu kilku dni z „Pokolenia Nic” zamieniliśmy się w „Pokolenie Jana Pawła II”. My, dwudziestoparolatkowie do niedawna zaspali i rozleniwieni teraz jesteśmy pełni inicjatywy i woli.

Niektórzy postawili już na nas krzyżyk mówiąc, że na nic nas nie stać, że nie jesteśmy zdolni do żadnych wzniosłych czynów. Gonimy tylko za przyjemnościami, wciągnął nas wir hedonistycznego stylu życia. Albo, że jedno co dla nas jest ważne to mamona i jej tylko oddajemy pokłon. Nazywali nas „Pokolenie Nic”, które nie bierze czynnego udziału w życiu społecznym, które olewa kluczowe chwile podejmowania decyzji (np.: wybory), które myśli tylko o sobie, o tu i teraz, które się miota w rzeczywistości.

A może jest tak, że bawimy się teraz, bo niby kiedy indziej? Gdy już będziemy mieć rodziny i obowiązki? Teraz jesteśmy młodzi, mamy siły pogodzić zobowiązania z przyjemnościami. Wiemy na ile nas stać i zwyczajnie chcemy jak najwięcej wycisnąć z każdego dnia.

I może jest tak, że wiemy ile wart jest każdy grosz, bo przeznaczamy go na własny rozwój. Staramy się o pieniądze by inwestować je w siebie, nowe kursy, szkolenia, umiejętności. 

A może jest tak, że wybiegamy myślą w przyszłość i chcemy być do niej jak najlepiej przygotowani. Myślimy teraz o sobie by później nie martwić się o tą drugą czy trzecią osobę.

Raptem w ciągu kilku dni z „Pokolenia Nic” zmieniliśmy się w „Pokolenie Power”.

Po śmierci Jana Pawła II wyszliśmy z cienia. Zepchnęliśmy „z posad świata” zakłamanych polityków i plastikowych idoli. Kreowaliśmy rzeczywistość. Oczy mediów nie raz były skierowane ku nam i naszym czynom. Dostaliśmy skrzydeł, nie było dla nas „niemożliwości”. Myśli przemienialiśmy w czyn.  Nasz zapał tworzył cuda.  

Mam teraz tylko nadzieję, że gdy za kilka miesięcy ktoś na nowo przeczyta ten tekst, wstanie oburzony i wykrzyknie „My nadal tacy jesteśmy i my nadal działamy”. A wtedy przeproszę za zwrot „Po śmierci…byliśmy” i zamienię go na  „Od śmierci … JESTEŚMY…”

Bo życie się nie kończy ono tylko się zmienia — a teraz przyszła nasza kolej.

msparker    

marzec 26, 2005

PRZEPRASZAM ZA ZIMĘ

Kategoria wpisu: POPIS — msparker @ 12:00 przed południem

                Przepraszam za spadający puszek z nieba,   za mróz traktujący nasze lica, za łopatę i śliskie buty. Przepraszam za to, że jedna rzecz jest w stanie uszczęśliwić dziecko – sanki. Przepraszam za kłopoty z komunikacją i ciągłe spóźnienia. 

                Przepraszam za to wszystko bo czuję się odpowiedzialna, że taka nastała aura.

                Otóż nim tylko skończyła się sesja i przyszedł czas gnuśności. Postanowiłam sobie, że tak być nie może i w końcu musi także u nas zapanować Zima. W tym celu udałam się w podróż. W kieszeni legitymacja członkowska UG, w ręku torba i ruszyłam w głąb kraju na poszukiwania Zimy.

                Przyszły mi na myśl tylko dwa miasta godne na tyle, by mogły Ją sobą oczarować. Warszawa i Kraków. Warszawa z powodu ogólnego pociągu do władzy. A tam jest ona skumulowana nieproporcjonalnie w stosunku do reszty kraju. Kraków, gdyż pachnie jeszcze manarchią, berłem i koroną. A Zima jest przecież autorytarna, sroga, groźna, więc ma zapędy do rządzenia. I z powodu tych cech obrałam takie kryterium doboru miejsc jej przypuszczalnego pobytu.              

                 Pierwsze swoje kroki skierowałam ku stolicy. Ważne osobistości zawsze zatrzymują się w tym mieście i może Ona też tam zabalowała?  Niestety po przybyciu na miejsce okazało się, że jednak nie jest za władzą demokratyczną, więc nie zagościła w pobliżu Belwederu i Wiejskiej.

                 Dlatego ruszyłam dalej, do miasta królów. I własnym oczom nie wierzyłam widząc rozszalałą Zimę biegającą boso po ulicach. Natychmiast upomniałam Ją – jak na przyszłego pedagoga przystało – by włożyła buty, bo się przeziębi. Pokorną i skruszoną czym prędzej zabrałam w drogę powrotną.  I tak znalazła się Pani Zima w Trójmieście.

Słysząc w autobusach i kolejkach narzekania na  „tą nieszczęsną” Zimę, czuję się w obowiązku przeprosić Was wszystkich urażonych Jej obecnością, gdyż znalazła się tu za moją przyczyną. Głowy do góry będziecie mogli się wyładować 20 marca topiąc Marzanny.

                                         Pozdrowienia dla „miłośników” Zimy, trzymajcie się ciepło.

                                                                                                                                          msparker       

styczeń 26, 2005

A dla mnie to dzień, jak co dzień i „nie zmienię się, to nie mój świat” - Mysloviz

Kategoria wpisu: POPIS — msparker @ 12:00 przed południem

Czym tak naprawdę różni się ostatni dzień roku od każdego innego w nim upływającego?

                To pytanie nachodzi mnie co roku, o tej samej porze, w dniu imienin Melanii i Mariusza, choć wszyscy pamiętają jedynie o Sylwestrze.

                 Dziwię się tym, którzy 31 grudnia „szczytują” po niekiedy nawet miesięcznym „dochodzeniu”. Znam, bowiem takie osoby, które już na przełomie listopada i grudnia starannie planują sobie ten dzień (tak jakby miał być ostatnim w ich życiu). Chcą wtedy dobrze się bawić, gdzieś wyjechać, być z najbliższymi, ten dzień staje się dla nich pretekstem by coś zrobić, bo przecież nie wypada siedzieć w domu . Dla nich ten symboliczny koniec i początek roku staje się możliwością dokonania prawdziwego przełomu w swoim życiu. …Dlaczego nie potrafią tego zrobić bez Sylwestra, cóż ten biedny chłopiec zawinił, że każdy wyciera sobie buzię jego prywatnym dniem… 

                Co roku zastanawiam się, co takiego pociągającego jest w tym „Święcie”, że ogromna większość ludzi tak go pragnie i nie mogłaby żyć bez niego. Wielkie bale, plenerowe imprezy, domowe prywatki, jest tyle możliwość by gdzieś się wyrwać i się zabawić, do tego jutro wolne więc można naprawdę zaszaleć. Okazja znowu też nie byle jaka, bo to dziś koniec a jutro to już życie będzie inne, jak za dotknięciem czarodziejską  różdżką  wszystko się zmieni i to na lepsze. Może w raz z nadejściem pierwsze dnia nowego roku wszystkie problemy znikną albo przynajmniej my znajdziemy na nie rozwiązanie. Nagle będziemy pełni mądrości i cały świat padnie nam do stóp. A Małysz znów zacznie wygrywać. Niestety tak się nie stanie i tak się nie stało, Ahonen cięgle pierwszy. Nie chcę pozbawiać Was złudzeń ale jedynie przypomnieć, że poza dyfuzją nic samoczynnie się nie dzieje i na poprawę sami musimy sobie zapracować.

                Patrzę na tych nieszczęśników, którzy mówią „no to od nowego roku będę …” i jest mi ich żal. Dlaczego potrzebują takich sztucznych stymulatorów by poczuć, że są?  Czy oni nie potrafią cieszyć się z życia, z każdego dnia, jaki jest im dany? Nie chce takiego świata, w którym życie zaczyna się od nowego roku, od poniedziałku, od jutra, od pełnej godziny. („Dzień Świra”) 

                Do tego nasz gregoriański 31 grudnia dla milionów ludzi na ziemi wcale nie jest ostatnim dniem roku. Kiedy indziej przypada on w Chinach, również wedle religii prawosławnej i muzułmańskiej to jest inna data. Czy więc możemy być pewni tego, że świętujemy prawdziwe nadejście Nowego Roku? Czy każdy nowy dzień nie powinien być dla nas okazją do radości, do próby bycia lepszym? Nauczmy się żyć tu i teraz a nie czekajmy na „przełomowe” wydarzenie by ono samo przełożyło się na nasze życie.

                Pewnie bawmy się, czemu nie, zwłaszcza w dobrym towarzystwie ale nie róbmy z tego misterium bo trudniej będzie nam się podnieść jeśli 1 stycznia nie obudzimy się w różowym świecie a kolejnego 31 grudnia okaże się, że nasze postanowienie wzięło w łeb.      

  

                                                                                          msparker

grudzień 26, 2004

„…jestem wariat, bo świat widzę w kolorowych barwach…” DKA

Kategoria wpisu: POPIS — msparker @ 12:00 przed południem

 

Dlaczego gdy tylko kończą się wakacje i wracamy na uczelnie zaraz większość ogarnia „jesienna depresja”???

To znaczy zaraz po tym jak już wszystkim opowiemy jak wspaniale spędziliśmy lato i gdzie to nas nie było. I na takich letnich zaduszkach mija cały październik. Potem jest listopad, no i co?… no i trzeba mieć jesienna depresje. Wszędzie w koło trąbią jak źle powinniśmy się czuć, że biometr niekorzystny, że złe czasy nastały dla alergików. Każdy powód jest dobry byle tylko się smucić, bo to „zupa była za słona” albo „sąsiadka ma nowe futro” a my cały czas w tym z przed roku. Blee. Mam dosyć wpuszczania nas w kanał, co z tego, że jesień, że dzień coraz krótszy, że słońca mało? Blee. Powtórzcie wszyscy za mną –   B L E E . Jesteśmy młodzi walczymy o soją przyszłość i te pierdoły nie powinny nas doprowadzać do takiego stanu jak deprecha. No, co innego to bezrobocie absolwentów i wizja Giertycha w Belwederze, ale wybaczcie na pewno nie jesień.

Jesień to pora roku jak każda inna a może i piękniejsza, bo można szurać liśćmi po chodnikach, można rzucić kasztanem w nie lubianą koleżankę i wmawiać jej, że to tak z drzewa spadło tak samo, poprostu, można wreszcie skakać po kałużach a w domu mamusi powiedzieć, że to jakieś auto nas ochlapało – ach ci kierowcy.

Dzień krótszy, ale noc dłuższa……(tu skończę, bo dobrze wiecie, co z tym zrobić).  

Słońca mniej, ale księżyca więcej – a to już trąca romantyzmem i od razu robi się sympatyczniej.

 Jesień to taki okres, który na pewno wymaga od nas większej inicjatywy i inwencji twórczej, aby w tym „ponurym” czasie dobrze się bawić. Fajnie jeszcze by było, gdyby trochę tej aktywności i pomysłowości zostało nam na zimę, bo to też może się okazać „nieciekawy czas”. Zwłaszcza, gdy spadnie śnieg i przyjdzie duży mróz. Wtedy to już tylko siedzieć w domu a najlepiej zapaść w sen zimowy. Dlatego musimy się niewiarygodnie wysilić by ujść z życiem z tej patowej sytuacji, aczkolwiek niezależnej od nas. Może pomogą nam w tym jakieś drobne radości, przykładowo lepienie bałwana w ogrodzie, bitwa na śnieżki albo odgłos skrzypiącego śniegu wydobywający się z pod naszych butów. Nie możemy też zapomnieć o notorycznie spóźniających się autobusach i tramwajach, o soli zjadającej nasze kozaczki, o śniegu za koszulą. Te właśnie zdarzenia sprawiają, iż czujemy, że żyjemy, są one bardzo potrzebne, pozwalają zachować kontakt ze światem i wywołują w nas COŚ. Nie ważne, co czy uczucie czy zachowanie ważne, że cokolwiek.      

Okres jesienno-zimowy staje się przykrywką dla naszej bierności, nie mamy ochoty się wysilać, więc zwalamy to na pogodę, a ona nie może się obronić - dlatego tak ją wykorzystujemy. Myślimy tylko, aby jakoś przetrwać i wreszcie otrzymać tą upragnioną przepustkę do „lepszej” pracy (mam tu na myśli dyplom), choć już różnie z tym bywa.

Rzetelność, systematyczność i student to rozbieżne pojęcia i nawet za bardzo mi  to nie przeszkadza (bo też taka jestem hahaha). Ale gdy fantazja, polot i student stają się rozbieżne to już katastrofa a niestety coraz częściej to obserwuję. Gdzie się podział nasz błysk w oku, szaleństwo, twórczość i kreatywność. Czegoś mi zaczyna brakować  w tym całym studiowaniu…..

Moi Drodzy Współplemieńcy, Studenci życzę Wam i sobie, by wraz z odejściem starego roku odeszła od nas ta pseudo depresja, by powróciła do nas Moc i Energia, bo świąt stoi u naszych stóp wystarczy tylko podnieść rękawice.   

                                                                 

                                                                                                        msparker

listopad 26, 2004

Życie ze sportem w tle. Jak to wygląda naprawdę? Czyli opowieść o drugiej stronie cienia.

Kategoria wpisu: POPIS — msparker @ 12:00 przed południem

                Sport uczy systematyczności, samokontroli, zdrowej rywalizacji, życia fair play. Większych bzdur nigdy nie słyszałam ( może poza tym, że Kopernik też była kobietą) !!!A !!! jeszcze to - sportowiec nie pije i nie pali <hahaha>. Palić przestaje dopiero jak  zauważy, że nie wytrzymuje całego meczu na boisku, bo kondycja już nie ta i trochę tlenu brakuje. Ale to nic, nad kondycją może popracować przy piwku w pubie i to jest dużo bardziej przyjemne niż doprowadzanie się do siódmych potów na treningu. Zgrany zespół to taki , który w tym samym momencie ląduje pod stołem i odpowiednio dobrał sobie kapitana, bo przecież ktoś musi być w stanie powiedzieć taksówkarzowi gdzie jest baza. Kapitan „Planeta” to prawdziwa opoka drużyny.

                Systematyczność??? Nie ma nic bardziej pewnego jak to, że po ciężkim treningu będzie chciało Ci się jeszcze przygotować do jutrzejszych zajęć, bo przecież wcześniej nie było czasu. I tak właśnie piętrzą się zaległości. To jedna opcja. A druga - jak już zmusisz się do pierwszego kroku, czyli systematycznego chodzenia na treningi, to po nich dostajesz takiego spida, że nie ma mocnych na Ciebie i chłoniesz wiedzę (albo piszesz do gazetki o pierwszej w nocy) jak słone paluszki na drętwej imprezie. Ale wybór należy do Ciebie i wiadomo jaki będzie … tylko dziś.    Samokontrola??? Tak, dopóty ktoś nie spieprzy ważnej piłki lub dopóki sędzia nie „oszuka” przeciwko nam. I wtedy włącza się zdrowa rywalizacja, czyli „spadaj z boiska bo wszystko psujesz” albo „sędzia kalosz”. I od tej pory gra jest very fair play.

                Na boisku obowiązują dwie zasady - „nigdy się nie przyznawaj do błędu jeżeli sędzia go nie widział, bo to jemu płacą za patrzenie” i „jak tylko jest to możliwe (w granicach rozsądku) wciskaj sędziemu ze czarne jest białe tak aby wyszło na nasze”. Ale przy tym musisz zachować poważną i wiarygodną twarz. Na boisku grasz bowiem nie tyko w piłkę ale i spektakl swojego życia.

                Sportowiec potrafi walczyć o swój sukces i dobrze wie jakimi środkami może się do tego posłużyć. I odpowiednio potrafi go uczcić (patrz wyżej). Sport jest jak nałóg, bo jak inaczej wytłumaczyć to, że bawię się nim już X lat? Tak, to musi być uzależnienie i na pewno wywołuje je aromat potu, ciekawość jaką następną barwę przyjmie kolejny już siniak, godzinny dojazd na półtoragodzinny trening i godzinny powrót z niego.

                Tak!!! to musi być to.                           

                                                            pozdrawiam zespół i kołcza                                                 

                                                                                                        msparker

Blog na WordPress.com.